Uczyliśmy się siebie od samego początku, razem pokonywaliśmy przeszkody, wcześniej przez długi czas byliśmy przyjaciółmi. Czułam się, jakbym odnalazła my own soulmate. Zawsze doskonale się rozumieliśmy, wiedzieliśmy, co ma na myśli lub co chce powiedzieć to drugie. Myślę, że można powiedzieć, że razem dojrzewaliśmy. Robiliśmy razem prawo jazdy, byliśmy ze sobą, kiedy każde z nas podjęło pierwszą pracę, razem dorabialiśmy się różnych rzeczy, różnych doświadczeń. I może, dlatego mieliśmy do siebie uczucia także przyjacielskie, partnerskie, rodzinne. Nasz związek był zbudowany na mocnych fundamentach, bez jakichkolwiek wątpliwości. Tak było przez długi czas, i muszę powiedzieć to, że -wciąż jest. Wciąż się kochamy, jesteśmy wspaniałymi partnerami, możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji bez pytania o cokolwiek. Jesteśmy dla siebie zawsze i wszędzie. Nie muszę pytać, czy On ze mną coś zrobi, lub czy zrobi coś dla mnie. To jest tak logiczne jak to, że codziennie rano na nowo wzejdzie słońce. Wiem, że widział mnie już w różnych sytuacjach, na jakie naraziło mnie życie- i w chwilach szczęścia i wzlotów, ale także w chwilach słabości, smutku, zwątpienia, choroby, rozpaczy. Wie, jak wyglądam zapłakana, w brudnych włosach, zasmarkana, bez makijażu. A mimo to czuję, że jego miłość do mnie jest codziennie mocniejsza. Mamy plany na wspólne życie. Takie także zwyczajne- dom, ślub, rodzina, dziecko. Bycie ze sobą do późnej starości, kiedy będziemy siedzieć na kanapie w kapciach i dresach i przeskakiwać z kanału na kanał w tv. Wielokrotnie przekonałam się, że jest On Panem Idealnym.
Wszystko byłoby wspaniale...gdyby nie to, że chyba zbytnio przyzwyczailiśmy się do siebie. Jesteśmy dla siebie jak rodzina, przyjaciele. Nie ma w nas pasji, nie kłócimy się ale już od bardzo dawna jest bezpłciowo. Zaczęło brakować wybuchów radości, wspaniałych chwil. Od 3 miesięcy bardzo rzadko się widujemy, ja studiuję i pracuję, On pracuje na cały etat, nie mamy na nic czasu. Ostatnio wypłynęła opcja zamieszkania razem, początkowo chciałam spróbować (jesteśmy prawie 4 lata razem, znamy się od 7), przebąkiwał coś o zaręczynach, o życiu na własny rachunek. Ale...ja chyba nie jestem gotowa. Przestałam się czuć jakbym była w związku. Nie mamy możliwości, żeby on przychodził do mnie, albo ja do niego, od 1.5 mam samochód w warsztacie, a kochamy się ze sobą raz na 2 tygodnie, może rzadziej. Nie ma między nami emocji, namiętności. Nie kłócimy się, ale..czuję, że z dnia na dzień coraz bardziej się oddalamy. Kiedyś już go raz zdradziłam..nie przyznałam się do tego, bo bardzo szybko to zakończyłam i nie z egoizmu, ale wiem, że on tak bardzo mnie kocha, że nie poradziłby sobie z tym. Wiem, że by mnie i tak nie zostawił, ale jego życie by się w tym momencie skończyło, a gdybym go zostawiła? Nie przesadzam mówiąc, że by sobie coś zrobił, bo nie chciałby życia beze mnie. Jestem jego pierwszą i ostatnią dziewczyną, chce być ze mną do końca życia. A mnie już kilkakrotnie ogarniały wątpliwości. Kocham go...jak przyjaciela, jak rodzinę, jak moją miłość. Ale czuję, że już nie ma "tego czegoś", jest ogrooomne przywiązanie.
Miesiąc temu poznałam o 9 lat starszego ode mnie chłopaka. Jesteśmy w takim wieku, że różnica ta nie gra roli. Zadurzył się we mnie maksymalnie, a ja też straciłam dla niego głowę. Między nami jak na razie nie było nic fizycznego, ale ta zdrada emocjonalna jest bardzo daleko rozwinięta. Są też minusy- on ma żonę i malutką córeczkę. Ich związek to fikcja, jest z nią tylko dla małej. Traktuje mnie jak księżniczkę, doskonale się dogadujemy, czujemy, że jest "to coś", niesamowicie spędzamy czas razem. Jest on ustatkowany, prowadzi własną firmę, jest niezależny. To dla mnie coś istotnego, gdy mam porównanie mojego chłopaka- równolatka. Nie mogę przesta,ć o nim myśleć. Ale nie wiem czy ten związek miałby przyszłość -jeśli chodzi o jego rodzinę.
Po 2- czy skoro potrafię zadurzyć się w kimś innym, to czy potrafiłabym dalej być w związku z moim chłopakiem? Kilkakrotnie chciałam go zakończyć, ale nigdy się na to nie zdecydowałam.
Bardzo proszę Was o radę, dziewczyny.